niedziela, 29 grudnia 2013

sobota, 14 grudnia 2013

Druga Szansa 5

Chyba niewybaczalne są tak długie przerwy, więc obiecałem sobie, że kolejny rozdział napiszę już jutro.
----------------------------------------------------------------------------------
~Arian~

     – Przekaż to Gabrielowi. – Niemal chorobliwie chuda brunetka podała mi listę zakupów. Niechętnie odebrałem od niej pogiętą kartkę.
     – On już pojechał – stwierdziłem krótko, próbując oddalić się od dziewczyny.
     – No to do niego zadzwoń. – Zatoczyła się pijacko i opadła na poplamiony sokiem fotel.
     – Sama to zrób. – Wskazałem na telefon, stojący niedaleko drzwi wejściowych. Miałem już szczerze dość tego syfu i hałasu, jaki stwarzali moi goście. Brunetka podniosła się, chwytając słuchawkę. Na moje nieszczęście. Dziewczyna uderzyła kolanem w szafę, na co syknęła z bólu i zrzuciła cały aparat telefoniczny na ziemię.
     – Oj... naprawię – powiedziała z uśmiechem.
Nie mogłem dłużej oglądać tej tragedii, więc wyszedłem na korytarz, przepychając się między rozmawiającymi uczestnikami imprezy. Moim celem było znalezienie tu miejsca, w którym da się usłyszeć cokolwiek, poza śmiechem i muzyką. Usiadłem na huśtawce w ogrodzie i rozejrzałem się dookoła. Akurat tu było w miarę czysto. Pewnie dlatego, że zimny wiatr dzielnie zapędzał wszystkich do środka... No może pomijając pewną parę, leżącą niedaleko basenu. Wyjąłem telefon z kieszeni. Nie dość, że nic nie idzie zgodnie z moim planem, to jeszcze Felix nie raczył się pojawić. Nieźle poddenerwowany odnalazłem numer do przyjaciela i przyłożyłem komórkę do ucha. Spodziewałem się braku odpowiedzi, gdyż chłopak olewał moje próby połączenia już od dłuższego czasu. Odrzuciłem telefon na huśtawkę i ruszyłem w kierunku domu. Trzeba ogarnąć towarzystwo, zanim rozpierdolą resztę mieszkania.


~Felix~

     Nie zdawałem sobie sprawy, jak ważny może być w życiu jeden, mały przedmiot, odmierzający czas, dopóki nie odczułem jego braku. W więzieniu, jaki zorganizowali mi ci popierdoleni ludzie, nie było żadnego zegara. Ociężale podniosłem się ze skrzypiącego łóżka i usiadłem przy drzwiach. Nie wiem, ile czasu mnie tu trzymają, ale czuję się, jakbym nie widział światła dziennego przynajmniej z rok. Podciągnąłem kolana pod brodę, opierając na nich głowę. Właśnie tak wyglądało moje życie tutaj. Cały dzień przesiadywałem niemal w bezruchu i tylko zastanawiałem się, czy ktoś jeszcze o mnie pamięta. Czy powiadomili wszystkich moich znajomych o zaginięciu? Czy starają się mnie odnaleźć?
     – Dobrze wiesz, że z nimi ciężko się dogadać. – Usłyszałem stłumiony, męski głos, dochodzący zza drzwi.
     – Tym razem będzie dobrze. – odpowiedział ktoś niewyraźnie.
Ciężkie, drewniane drzwi uderzyły w moje ramię.
     – Auć – mruknąłem, odsuwając się od źródła bólu.
     – Ładnie to tak podsłuchiwać? – zapytał czarnowłosy i odstawił tacę z jedzeniem na pięknie wyczyszczony stolik. – Posprzątałeś tu...
     – Mówiłem przecież, że nie mogę żyć w takim syfie. – Wstałem z podłogi, po czym skierowałem się w kierunku stolika z jedzeniem. Dostałem kanapki i herbatę. Jak zwykle, pomyślałem, chwytając kubek. Przysiadłem na sofie, bacznie obserwując chłopaka. Straciłem zaufanie do wszystkich. Czułem się, jakbym nikogo nie obchodził... Mógłbym moją osobę porównać nawet do psa, pilnującego podwórka. Chociaż nie. Takie stworzenie ma w życiu jakiś cel. Ja jestem tu zbędnym przedmiotem, na którego trzeba wydawać kasę, aby nie umarł z głodu.
     – No jedz. – Czarnowłosy usiadł obok, podsuwając talerz bliżej mnie. Pewnie nie da mi spokoju, dopóki nie zjem, jednak tym razem naprawdę nie miałem na to ochoty.
     – Nadal będę tu siedział, co nie? – zapytałem cicho i zacząłem obracać w dłoniach kolorowy kubek, w którym dostałem herbatę. Nie doczekałem się odpowiedzi, a zamiast niej zobaczyłem chłopaka, opuszczającego mój „pokój”.
     – Chyba mogę wiedzieć! – krzyknąłem za nim, gdy trzasnął drzwiami na pożegnanie. Krążyłem po pomieszczeniu, zadając sobie tysiące pytań. Zdążyłem do tej pory obszukać całe moje więzienie, w poszukiwaniu przedmiotu, który mógłby pomóc mi się stąd wydostać . Przecież nie mogę wiecznie tu siedzieć. Zacisnąłem pięści i z całej siły uderzyłem w drewnianą ścianę. Ta jebana, mała klatka doprowadza mnie do furii. Zrezygnowany przetarłem oczy i wyciągnąłem z półki dwa ołówki. Zacząłem szkicować na panelach, to dużo lepsze miejsce do rysowania niż zwykłe kartki. Odkryłem swoje zdolności artystyczne zeszłej nocy, podczas której nie mogłem zmrużyć oka. Nie łatwo wyobrazić sobie, jak chore myśli mogą przyjść człowiekowi do głowy, gdy żyje na łasce złodziei, porywaczy i Bóg wie kogo jeszcze. Połowa ścian i podłogi była już zamalowana moimi wymyślnymi ilustracjami. Przydałby się jakieś farby bądź kredki. Pomyślałem, że mógłbym sprawić, aby te smutne drewno nabrało życia, które tak nieustannie upływa mi w jednym, ponurym pokoju.


~Nathan~

      Wysoki facet w marynarce spojrzał na mnie niechętnie. Jeśli nie przestanie mnie tak obserwować, to pożałuje, że wsiadł do tego autobusu. Widać, iż koleś ma dobrą prace i masę kasy. Markowy garnitur, drogi telefon w ręku. Chyba nie zdaje sobie sprawy, że na świecie istnieją osoby, które chętnie by taką komórkę przywłaszczyły, a on od tak - afiszuje się nią w państwowym autobusie. W sumie, zastanawiający jest fakt jego pobytu tutaj. Pewnie ma nie jeden samochód. Autobus gwałtownie zahamował, a ja poleciałem na oparcie siedzenia przed sobą. Naciągnąłem kaptur na głowę i powróciłem do badania wzrokiem faceta, siedzącego niedaleko mnie. Wysiadł on na najbliższym przystanku, a ja rozsiadłem się wygodnie, będąc pewny, że nikt już nie zakłóci mojego spokoju. Po jakimś czasie zostałem niemal sam. Pojazd zwalniał przy ostatnim przystanku, jaki miał w planach tego dnia. Wysiadłem pospiesznie i znalazłem się na ruchliwej, przepełnionej hałasem i światłami ulicy. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to gablota z najnowszymi ogłoszeniami. Podszedłem do niej i odgarnąłem włosy, natrętnie opadające mi na oczy. „ Syn sławnej pary naukowców zaginął!” Poniżej tego napisu przymocowane było zdjęcie Felixa. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy nagle dostrzegłem kobietę, która przyglądała się temu samemu ogłoszeniu. Minąłem ją i poprawiłem kaptur, przysłaniając swoje podkrążone oczy. Podążałem dobrze oświetlona ulicą w centrum miasta. W końcu zatrzymałem się przed ewidentnie oryginalnym sklepem. Uchyliłem stare, drewniane drzwi, a typowy zapach „starości” dał o sobie znać.
     – Dobry wieczór. Co tam, Nat? – Usłyszałem w progu i ruszyłem w głąb pomieszczenia.
     – Siema. Mamy lekkie problemy. – Wyciągnąłem dłoń do starszego mężczyzny za ladą. Gdy podał mi swoją, zauważyłem, że była ona tak strasznie wychudzona i wątła. – Jak się czujesz?
     – Nie jest źle. – Uśmiechnął się do mnie nieznacznie.
Moją uwagę zwróciła maskotka, stojąca przy kasie. Lekko połatany, pluszowy miś przewiercał mnie swoim sztucznym wzrokiem. W tym sklepie nigdy nie sprzedawali normalnych rzeczy. Po co komu taki stary pluszak?
     – Trzymaj – mruknął mężczyzna i z hukiem postawił na ladzie czarny plecak. Podskoczyłem w lekkim szoku, który wyrwał mnie z przemyśleń.
     – Nie uważasz, że przydałoby się tu jakieś lepsze oświetlenie? – Wskazałem ręką na ledwo żywą lampkę, umieszczoną w rogu sklepu. W takich chwilach mam wrażenie, że rzeczom martwym też należy się współczucie.
      – Może i masz rację – stwierdził mężczyzna i przechylił lekko głowę w zastanowieniu.
Sięgnąłem do kieszeni, wydobywając z niej małą fiolkę. Podrzuciłem ją lekko do góry i złapałem drugą ręką.
     – Nathan! Nie rób sobie jaj! – Zobaczyłem jak oczy sprzedawcy rozszerzają się w przerażeniu.
     – Spokojnie – odparłem z lekkim śmiechem, okładając przedmiot na blacie. Kolejny raz zerknąłem na pluszaka, a po chwili namysłu zgarnąłem go z lady. Mruknąłem jeszcze krótkie pożegnanie, opuszczając sklep z plecakiem na prawym ramieniu. Za moimi plecami rozległo się ciche, pogardliwe prychnięcie, co poszerzyło mi uśmiech na twarzy.
      Kroczyłem spokojną ulicą, oglądając uważnie misia. Teraz, w świetle latarni, idealnie widoczne były jego oczy, wykonane z morskich guzików i czarne, sztuczne futro, z którego został uszyty. Może poprawi Felixowi humor.

sobota, 28 września 2013

Druga Szansa 4

Po wielu próbach i brakach pomysłów, udało mi się, cokolwiek osiągnąć.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

~Felix~

     – Nie mam pojęcia. – Mój głos lekko drżał, a oczy unikały kontaktu. Spodziewałem się teraz negatywnej reakcji. Pewnie nie uwierzą, w to co mówię i będą próbowali, wyciągnąć ze mnie prawdę za wszelką cenę. Przed oczami stanęły mi sceny z tych wszystkich horrorów, które tak nałogowo oglądam nocami. Ile dałbym teraz za to, aby nie znać żadnej z nich.
     – Masz. Jedyna rzecz, której nie posiadasz to rozum. Podpowiadałby ci teraz zdradzenie nam kombinacji tych cyfr. – Niski facet w tenisówkach oparł się ręką o ścianę i spoglądał na mnie z góry. Te wszystkie momenty, gdy mówiłem, że gorzej być nie mogło, nie umywały się do tej sytuacji. Próbowałem ruszyć rękami, które zostały perfidnie związane za plecami, jednak nie przynosiło to żadnych rezultatów. Nawet krzyk nic nie zadziałałby w tej sytuacji. Dom jest ogromny i byłem w nim tylko ja oraz moi oprawcy. Dostanie w mordę nie było tym, czego najbardziej pragnąłem.
     – Nie znam jej – powtórzyłem głośniej, załamującym się głosem. Mężczyzna zacisnął pięść i uniósł ją w celu wymierzenia mi ciosu w twarz. Skuliłem się jak najbardziej tylko mogłem, aby nie otrzymać od tego psychola większych obrażeń niż te, które były nieuniknione.
     – Nie zna. Nie słyszałeś? Szybciej sam byś to odszyfrował, więc lepiej zabierz się za to. Nie mamy przecież całej nocy – spokojnie odparł czarnowłosy, mierząc wzrokiem swojego towarzysza, na co ten prychnął, powracając do sprzętu rozstawionego na podłodze. Odetchnąłem z ulgą. Ból związanych nadgarstków nasilał się z każdą chwilą. Tak samo jak malała szansa na moją ucieczkę. Tysiące kabli rozłożonych po posadzce i setki świecących diod przy niezbyt ogromnych rozmiarów ekranie. Czułem, że wszystko, co zaplanowałbym w swojej głowie, zostanie od razu odszyfrowane. Czytałem o tej grupie bardzo wiele artykułów w internecie i gazetach. Dobra... Zaczynam świrować. Przecież nie umieją czytać w myślach. Moje serce wybijało szalony rytm, a poczucie bezpieczeństwa we własnym domu spadło do zera. Zacząłem przyglądać się każdemu facetowi z osobna, ale nic poza sylwetką nie mogłem zarejestrować. Pomyśleć, że moje życie mogłoby się zakończyć w tak młodym wieku. Oparłem głowę o zimną ścianę, czekając na dalszy przebieg tej chorej sytuacji. Nagle drzwi do gabinetu uchyliły się i dały zarazem dostęp do najbardziej strzeżonych dokumentów moich rodziców. Nieprzyjemne ciepło rozlało się po moim ciele, gdy wyobraziłem sobie, jaką kare dostane za nieupilnowanie mieszkania... O ile oczywiście przeżyję. Bijąc się z myślami, rozpatrywałem wszelkie sposoby ucieczki. Przecież nawet jeśli podniosę się z tej podłogi z wielkim trudem, to daleko bym w takim stanie nie zaszedł. Mogłoby być nawet gorzej. Wolałbym nie wiedzieć, jak zostanę potraktowany za próbę ucieczki.
     – No widzisz 012. Jak chcesz, to potrafisz – skwitował jeden z mężczyzn i wszedł do gabinetu. Ciekawe, czy na co dzień również zwracają się do siebie tymi numerami. Usłyszałem trzaski szafek i szelest kartek. Wysoki, napakowany mężczyzna opuścił gabinet, wsuwając coś do kieszeni. Pozostali członkowie tej popieprzonej grupy chwycili szybko torby, które leżały przy ścianie, i zaczęli zwijać cały sprzęt. Nie przyglądałem się długo całemu zajściu, gdyż czarnowłosy chłopak ponownie zakrył mi oczy jakimś kawałkiem materiału i podniósł mnie z ziemi, prowadząc przed siebie. Spanikowany starałem się wyrwać, lecz silny uścisk jego rąk mi to uniemożliwiał, a usta znowu zostały zakneblowane. Poczułem metaliczny smak, gdy przy próbie obrony ugryzłem się w wargę. Syknąłem z bólu.
     – Spokojnie. – Ciepły oddech owiał moją szyję, na co zareagowałem grymasem i kolejnym instynktownym szarpnięciem. Spokojnie? Jak mogę być spokojny!? Ciekawe co on by zrobił, gdyby banda zamaskowanych facetów napadła na niego w środku nocy.
Opuściliśmy moją posiadłość, po czym zostałem wepchnięty na tylne siedzenie samochodu, który stał na podjeździe. Zaraz za mną wsiadł czarnowłosy.
     – Niestety, nie będzie ci dane podziwianie widoków podczas podróży. – Jego głos był taki spokojny, niemal wesoły, a to działało na mnie niesamowicie denerwująco. Zrezygnowany i tracący jakąkolwiek nadzieję oparłem się o szybę.
     – Możemy jechać – mruknął chłopak.
     – Z ciebie to jest więcej szkody niż pożytku – westchnął ktoś, siedzący na przednim siedzeniu.
     – Oj nie przesadzaj – skomentował zielonooki. – Beze mnie byś sobie nie poradził.
Kierowca zaśmiał się cicho i wprowadził samochód na nierówną drogę, sprawiając, że zacząłem obijać się o osobę siedzącą obok mnie, oraz o twarde drzwi samochodu. Miałem wrażenie, że ta droga trwa w nieskończoność, a strach przed tym, co wydarzy się później, przyprawiał mnie o ból brzucha. 
     Gdy pojazd w końcu się zatrzymał, poczułem rękę na swoim ramieniu. Podskoczyłem ze strachu, odwracając głowę w stronę źródła dotyku. Dłoń wypchnęła mnie z samochodu. Chwiejnie stanąłem na zimnej ziemi. Przenikliwy wiatr uderzył w moją twarz, po czym owiał całe moje ciało, na co zatrząsłem się, nabierając powietrza do płuc. Jedyne ubranie jakie miałem na sobie w danym czasie, to służące mi za piżamę czerwone skarpetki, przydługa koszulka i bokserki. Mimo że był środek lata, ta noc była cholernie chłodna. Jakby wszyscy, łącznie z naturą, zmówili się na zakatowanie mnie tej nocy. Nie dostałem ani chwili na pomyślenie, gdzie mógłbym się znajdować. Znany uścisk pojawił się na moich ramionach, wywołując u mnie kolejną fale strachu. Zostałem pociągnięty do przodu i poprowadzony przez las, co udało mi się wywnioskować po gałęziach, leżących pod moimi nogami i charakterystycznym zapachu sosen. W pewnym momencie nasz marsz zmienił się niemal w bieg, a ostre patyki boleśnie zaczepiały o moje nogi. Gdybym teraz wyrwał się i pobiegł w drugą stronę. Tylko jak? Ucieczka z zawiązanymi oczami była niemożliwa. Nagle zostałem zatrzymany wraz z dźwiękiem otwieranych drzwi. Wprowadzili mnie do środka, a moje stopy znalazły się na o wiele cieplejszych od ziemi panelach. Teraz podążałem dość krętym korytarzem. Wtedy pozbawiono mnie opaski zakrywającej oczy i siłą wrzucono do pokoju znajdującego się na końcu owego korytarza. Zaraz za mną wszedł chłopak, którego twarz udało mi się zobaczyć.
     – Będziesz tu mieszkał przez jakiś czas. – Po jego słowach gwałtownie rozejrzałem się dookoła. Miejsce to było zwykłym drewnianym domem, jak mniemam zbudowanym w środku lasu. Zauważyłem wyjście i dodatkowe drzwi. Prawdopodobnie znajdowała się za nimi łazienka. Czystość pozostawiała wiele do życzenia. Zakurzone szafy i pojedyncze pajęczyny na suficie to niemiły widok. Chociaż przyznaję, że widziałem gorsze przypadki. Podejrzliwie spojrzałem na napastnika. Panował tu lekki mrok, dlatego brunet włączył lampę stojącą na jednej z szafek.
     – Żartujesz? Mam żyć w takim burdelu? – Patrzyłem na niego jak na debila.
     – Mogę przynieść ci parę kwiatków z lasu, królewiczu.
     – Mam uczulenie na kurz – odparłem, przecierając oczy.
     – Potraktuj to jako darmową terapię uodporniającą. Tam znajdziesz potrzebne rzeczy. – Zobaczyłem jak chłopak pokazuje mi półkę, na której leżała czarna walizka. Moje ręce i usta zostały uwolnione z krępujących je więzów.
Podszedłem do wskazanej rzeczy, otwierając ją.
     – Co macie zamiar ze mną zrobić? – zapytałem cicho, przerzucając ubrania w walizce.
     – Nie martw się o to. – Krótka odpowiedź dotarła do moich uszu. – Zadbam o to, abyś nie umarł tu z głodu. Jak się domyślasz, łazienka jest za tamtymi drzwiami i to jedyne miejsce, poza tym pokojem, do którego będziesz miał wstęp.
     – Znajdą mnie – warknąłem, patrząc mu w oczy, a na miejsce strachu pojawiła się złość.
     – Życzę im powodzenia. – Kpiący uśmiech zawitał na jego twarzy, po czym poprawił czarną grzywkę, spadającą mu na oczy. To niesamowite jak zwykły, beznadziejny bandyta działał mi na nerwy. Pewny, że dalsza rozmowa nie ma sensu, wróciłem do przeszukiwania ekwipunku, który otrzymałem. Ogółem znajdowały się tam niezbędne rzeczy takie jak ubrania, podstawowe kosmetyki, parę ołówków i kartek ( pewnie dla zabicia nudy). Zamknąłem walizkę i oparłem się o szafkę, patrząc pytająco na osobę przede mną. Ma zamiar tak stać i obserwować mnie całą noc?
     – Dobranoc, Felixie – rzucił krótko i ruszył w stronę drzwi. Zanim wyszedł, zatrzymał się na moment. – Odwiedzę cię rano.
Zostałem sam w tym ponurym pomieszczeniu. Warunki były do zniesienia, jednak zdecydowanie wolałbym mój własny pokój niż tę klatkę. Gdyby nie podkusiło mnie, aby zdejmować mu maskę, lub wychodzić na korytarz, to pewnie spałbym wygodnie w moim ukochanym łóżku przed telewizorem. Włamywacze potrzebowali czegoś z biura, a ja jestem im zbędny. Może mnie wypuszczą. Śmiało stwierdzam, że nawet zawadzam i psuję ich przemyślany plan. To poprawiło mi humor. Opadłem na łóżko, kładąc głowę na miękkiej poduszce, lecz zaraz po tych myślach pojawiły się o wiele czarniejsze i chyba bardziej realne interpretacje tego zdarzenia. Skoro widziałem twarz tamtego chłopaka, to nie ma szans żeby, wypuścili mnie na wolność i dali możliwość opowiedzenia wszystkim tego, co widziałem. Rozejrzałem się ostatni raz przed zaśnięciem. Doszedł do mnie fakt, iż pokój nie ma żadnego okna. Z jednej strony nie dziwię się. Miałbym możliwość rozpoznania miejsca, w którym byłem przetrzymywany. Oczywiście, jeśli będzie mi dane je opuścić. Z drugiej jednak strony, odcinanie mnie całkowicie od świata, wydawało mi się takie nieludzkie. Jutro obudzę się bez zapachu kwiatów, który zawsze unosi się z mojego ogrodu. Bez rażącego słońca. Jedynie marna lampka, stojąca na starej zakurzonej szafce, dawała mi szansę na odnalezienie się w tym więzieniu.

czwartek, 26 września 2013

Przepraszam!

Wiem, że ostanio przesadziłem z przerwą między rozdziałami, ale mam wyjątkowo dużo nauki. W ten weekend postaram sie dodać kolejny rozdział. :/

wtorek, 3 września 2013

Druga Szansa 3

Jednak się nie wyrobiłem na zapowiedziany termin, ale myślę, że czas mam nie najgorszy. c:
-----------------------------------------------------------------------------------------------

~Felix~

     Możecie wyobrazić sobie moje zdziwienie, gdy bezskutecznie próbowałem zapalić światło. Przewidywałem awarię, więc chwyciłem latarkę, po czym zapaliłem ją, rozświetlając pomieszczenie. Opuściłem pokój i podążyłem korytarzem do schodów. Pewnie nie zamknąłem okna i przeciąg zrzucił jakiś przedmiot na podłogę. Jeśli będzie to coś cennego, to będę miał przejebane do końca życia. Moja matka tak kocha wszystkie swoje antyczne sprzęty. Nie zasnąłbym, gdybym najpierw nie skontrolował tej sytuacji. Rozglądałem się zmęczonym wzrokiem, świecąc latarką na obrazy znanych malarzy. Kątem oka dostrzegłem cień, który przepłynął po ścianie. Zamarłem w bezruchu. To zdecydowanie nie jest normalne... spokojnie Felix, powtarzałem sobie w myślach, wycofując się do pokoju. Gdy dotarłem do drzwi, zamknąłem je za sobą szybko, rozmyślając nad rozwiązaniem tej sytuacji. Nagłe olśnienie poprowadziło mnie w stronę alarmu, znajdującego się przy uchylonym oknie. Chłodny wiatr owiał moją twarz, gdy znalazłem się w owym miejscu. Moje szczęście w tym momencie było „ogromne”. Alarm również nie działał, a ja zacząłem coraz bardziej panikować. Usiadłem na skraju łóżka, wyłapując najmniejszy szelest, jednak cisza otaczała mnie z każdej strony. Jedyne co mi zostało, to prześlizgnąć się do gabinetu ojca. Zawsze trzymał tam niewielki pistolet. Uchyliłem drzwi, wyglądając na korytarz. Do moich uszu nie dobiegały żadne dźwięki, a to potęgowało strach, który paraliżował mnie i nie pozwalał myśleć logicznie. Przeszedłem korytarzem i zatrzymałem się na schodach. Cisza. Niespodziewanie poczułem czyjeś ręce, szczelnie zasłaniające mi usta. W półmroku zauważyłem, że napastnik zbliża coś w kierunku mojej szyi. Nie zastanawiając się długo, gdyż wszystko trwało dosłownie sekundę, obezwładniłem go. Można powiedzieć, że samoobrona to mój atut. Uczyłem się jej z polecenia ojca i jak widać, takie rzeczy czasami się przydają. Usłyszałem dźwięk noża, upadającego na marmurowe schody, a zaraz za nim wyraźne tąpnięcie ciała osoby, decydującej się na taki perfidny atak mojej osoby. Przecież nie jestem bezbronnym dzieciakiem. Zdążyłem zobaczyć, że postać posiadała maskę, idealnie zakrywającą jej twarz. Maska ta wydawała się być znajoma. Po chwili skojarzyłem ją z dość sławną i nie uchwytną jak do tej pory organizacją. Ozdoba, a raczej ochrona przed wzrokiem obcych, jaką mieli na twarzy, przypominała pysk wilka. Szybkim ruchem zdjąłem kamuflaż z napastnika, a w tym momencie sprawa potoczyła się trochę innym torem, niż bym chciał. Było zbyt ciemno, aby przewidzieć każdy jego ruch. Tak, zorientowałem się, że zaatakował mnie mężczyzna, chociaż braki oświetlenia dawały się we znaki, dojrzałem młodego chłopaka z ciemnymi włosami. Tym razem to ja zostałem obezwładniony, a moje ręce unieruchomione za plecami. Oczywiście był to zwykły przypadek. Gdyby to miejsce posiadało chociaż trochę światła, to ten facet nie miałby ze mną szans, co nie? Usta zatkał mi kawałkiem materiału, który został zawiązany z tyłu mojej głowy. Strach potęgował się z każdą minutą. Większe detale jego urody zobaczyłem, gdy znalazł się bliżej mnie. Prowadzony w dół schodów, prosto do mojej własnej piwnicy, oczekiwałem najgorszego. Pewnie zmasakrowane ciało zostanie odnalezione z samego rana. Rażące światło zaślepiło mnie na moment. Przymknąłem oczy, aby przyzwyczaić się do tych warunków. Zostałem pchnięty na podłogę, na co zareagowałem sykiem bólu. Przysunąłem się do ściany i rozejrzałem po pomieszczeniu. Przede mną znajdowała się grupa mężczyzn w tych samych maskach co chłopak, który zaatakował mnie na schodach.
     – 08, kurwa, maska! – krzyknął potężny mężczyzna.
     – Zobaczył mnie! Umie się dzieciak bronić. – Usłyszałem odpowiedź czarnowłosego chłopaka. Skierowałem na niego wzrok, gdy nagle oberwał prosto w twarz od swojego większego towarzysza. Reszta osób zareagowała, nie dopuszczając do bójki.
     – Nie potrzebnie braliśmy go ze sobą – skomentował jeden z nich.
     – Dobrze wiesz, jaka jest sytuacja. – Facet siedzący przy drzwiach do prywatnego biura moich rodziców, próbował rozbroić sprytnie zainstalowane zabezpieczenie przed włamaniem. Ojciec zaplanował budowę tego pomieszczenia akurat tu, aby uczynić je bezpieczniejszym.
     – Dom miał być pusty! – krzykną mocno zdenerwowany czarnowłosy. – Właśnie tak umiesz załatwić każdą sprawę.
     – Byłem przekonany, że tak będzie.
     – Ja widzę tu jedno rozwiązanie. – Jeden z włamywacz podszedł do mnie, mierząc mi bronią prosto w skroń. Zamknąłem oczy, kuląc się w kącie, a moje serce pracowało na najwyższych obrotach.
     – Nie radzę. – zareagował młody chłopak.
     – Widział twoją twarz. Chcesz puścić go wolno, żeby wkopać nas wszystkich?
     – Weźmy go ze sobą. Potem uzgodnimy co z nim zrobić.
     – Będą go szukać.
     – Ale nie znajdą – stwierdził krótko, zapalając papierosa, którego wydobył z kieszeni czarnych rurek. W sumie każdy z nich ubrany był na czarno.
Starałem się pozbierać myśli i opanować zdenerwowanie. Pokonanie wszystkich zabezpieczeń w naszym domu jest nie wykonalne. Jak sprytny umysł musiał mieć ktoś, kto zajął się tym wszystkim.
Czarnowłosy chłopak kucnął na podłodze obok mnie, a duszący dym tytoniowy dostał się do moich płuc. Odruchowo odwróciłem głowę od źródła nieprzyjemnego zapachu.
     – Patrz na mnie – mruknął pod nosem. – Jak do tej pory nie ma wśród nas mordercy. Jeśli będziesz współpracował, nic ci nie będzie.
Spojrzałem w jego kierunku, starając się zapamiętać każdy szczegół wyglądu napastnika. Skoro nic mi nie będzie, to będę mógł przekazać wszystko policji, prawda? Nie będę ocieniał męskiej urody, ale na pewno nie byłbym zły, gdybym wyglądał tak jak on.
     – A teraz będziesz nam bardzo pomocny, Felixie. – Moje usta zostały uwolnione z wcześniej zawiązanego materiału.
     – W czym? – rzuciłem krótko, patrząc w jego jadowicie zielone oczy. Na co ten uśmiechnął się lekko i odsunął ode mnie, wymieniając parę zdań z jednym ze swoich współpracowników.
     – Kod do drzwi – warknął potężny mężczyzna pod drzwiami. – Tak jak słyszałeś od 08. Grzecznie współpracuj.

Kod. Znają go tylko moi rodzice. Skąd miałem wiedzieć jaki jest? Poczułem na sobie wyczekujący wzrok.

piątek, 30 sierpnia 2013

Druga Szansa 2

No i zamieszczam kolejną część. Byłbym wdzięczny za komentarze, abym wiedział, że moje pisanie ma sens. Trzeci rozdział jest gotowy, zostało tylko sprawdzenie i może dodam go nawet jutro. :)
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

~Felix~

      Rażący blask słońca padł na moje oczy, budząc mnie wraz z wesołym okrzykiem Tim'a:
      – Już piąta, młody. Wstawaj!
Ociężale wstałem z łóżka i lekko zataczając się na nogach, ruszyłem do łazienki. Chwyciłem pozłacaną klamkę, a po chwili znalazłem się pod prysznicem. Gdy opuściłem pomieszczenie, dotarł do mnie fakt, iż musiałem spędzić tam sporo czasu, ponieważ cały mój pokój błyszczał czystością. Tim się postarał, stwierdziłem w myślach. Zgarnąłem jeszcze iPhone'a z antycznej półki przy łóżku i wyszedłem z pokoju. Podążyłem marmurowymi schodami na parter.
      – Felix, chodź tu szybko, bo za chwilę wyjeżdżamy. – Moja ładnie wyszykowana matka zarzuciła czarnymi lokami. – Swoją drogą, mogłeś się trochę pospieszyć. Ile można siedzieć w łazience?
      – Idę – mruknąłem i wpatrzony w telefon, zatrzymałem się przy gotowych do odjazdu rodzicach.
      – Zacznijmy od tego. – Podała mi pęk srebrnych kluczy z pluszową zawieszką w kształcie świnki.
      – Jaka słodka! – krzyknąłem, przeciągając ostatnią literę mojej wypowiedzi. Obejrzałem breloczek z każdej strony.
      – Ogarnij się, chłopie. – Usłyszałem stanowczy głos ojca.
      – Ale jest piękna. – Urażony schowałem klucze do kieszeni bluzy. Wtedy matka rozpoczęła wyjaśnianie wszystkich oczywistych faktów. Na przykład „ Nie szlajaj się po ulicach nocą”, „Nie organizuj tu żadnych dzikich imprez”, „ Dbaj o każdy sprzęt w domu, gdyż pieniądze nie rosną na drzewach”, chociaż w wypadku moich rodziców, mógłbym się z ostatnim zdaniem nie zgodzić.
      – A tu masz kody na zabezpieczenie bramy i domu. Każdego dnia przed snem, należy zaktualizować alarm. – Kolejna kartka ze wskazówkami dostała się w moje ręce. – Wiesz gdzie znajdują się urządzenia monitorujące?
      – Ta – odparłem, a kolejny sms od przyjaciela zaalarmował mnie o swoim przyjściu.
      – Wiesz, że Tim i Sarah mieszkają daleko i przyjeżdżają o piątej, więc jakbyś czegoś potrzebował po dwudziestej trzeciej, to musisz umieć zająć się tym sam. Zrozumiano? – Zostałem zdzielony kaszmirową rękawiczką, gdy uśmiechnąłem się do ekranu iPhone'a.
      – Tak, tak. Słucham Cię. – Odłożyłem telefon do kieszeni. – Poradzę sobie, nie masz się o co martwić.
      – Och, jeszcze jedno. Media są przekonane, że jedziesz z nami. Nie powinny cię nękać.
      – Bardzo się cieszę. Możecie już jechać. – Ze sztucznym uśmiechem objąłem rodziców i poprowadziłem w stronę ogromnych, białych drzwi wyjściowych.
      – Pamiętaj, że o każdym złamaniu regulaminu się dowiemy – rzucił szybko ojciec.
      – Tak, wiem. – Odprowadziłem ich pod sam podjazd, gdzie wsiedli do czarnego bmw i opuścili naszą posesję. Z uśmiechem na twarzy wróciłem do mieszkania.
      – Sarah! Jakie plany na śniadanie?! – zawołałem, przekraczając próg. Parę minut później znalazłem się w kuchni.
      – Naleśniki? – zapytała z uśmiechem.
      – Dobrze. Pomogę Ci. – Złapałem biały fartuch, wiszący przy kafelkowym piecu.

      Czas leciał mi dość szybko. Pomyślałem, że zaproszę Ariana. Odwiedził mnie po obiedzie i stwierdziliśmy, że zagramy w parę gier planszowych, aby oderwać się od ekranów, spotykanych w tych latach na każdym kroku. Rozsiedliśmy się na miękkim dywanie, otulającym podłogę mojego pokoju. Rozłożyłem plansze i poszperałem chwilę w szafce dębowego biurka, w poszukiwaniu kostki do gry.

~Elias~

      Zachodzące słońce umilało mi drogę zatłoczonymi ulicami Londynu. Gdy dotarłem na miejsce, było już praktycznie ciemno. Usiadłem przy stoliku jednej z małych kawiarni przy końcu miasta. Teraz miałem dużo czasu, na przemyślenie paru ważnych spraw. Ze świata własnych pomysłów wyrwał mnie dzwonek telefonu.
      – Tak? – zapytałem odruchowo, stukając nerwowo palcami o blat stołu. – Nie musisz się tym przejmować. Wszystko z nimi uzgodniłem.
Krępa kobieta podeszła do stolika, pytając czy czegoś nie potrzebuję. Zamówiłem kawę z mlekiem. Dziewczyna nabazgrała parę słów na kartce i weszła do budynku kawiarni.
      – Spokojnie. Omówiłem wszystko. Co do szczegółu. – Kontynuowałem rozmowę, wyciągając jednego papierosa z paczki. Kelnerka przyniosła moje zamówienie. Postawiła filiżankę na stole, a aromat kawy mieszał się z duszącym zapachem dymu tytoniowego. Miejsce w którym się znajdowałem, nie było ani trochę podobne do centrum, w którym hałas zatruwał życie mieszkańcom. Lampy przy kawiarni zapłonęły, rozświetlając najbliższe otoczenie, a w tle dało się słyszeć ciche rozmowy przechodniów. Parę cieni przepłynęło po chodniku i zniknęło za zakrętem starego hotelu.

~Felix~

      Arian pożegnał się ze mną około dwudziestej drugiej, a ja zacząłem upewniać się, czy nie zapomniałem wykonać któregoś ze zleconych mi zadań.
      – Felix, będę jutro. Tak jak zawsze. Dobranoc – powiedział Tim, zabierając swoje rzeczy z czerwonego fotela, stojącego przy drzwiach.
      – Dobranoc – odpowiedziałem uprzejmie. Popędziłem do pokoju, sprawdzając po drodze godzinę na starym zegarze, wiszącym w holu. Wziąłem szybki prysznic i wyciągnąłem z szafy koszulkę. To jedna z moich ulubionych. Szkoda, że nie mam takich więcej. Zarzuciłem ją na siebie i wskoczyłem na łóżko, włączając panoramiczny telewizor, wiszący naprzeciwko. Zanim się spostrzegłem, spałem już bezwładnie na czerwonych poduszkach. Chwilowy i dość głośny brzęk metalu wybudził mnie z koszmaru, który właśnie nawiedzał mnie w śnie. Nie ukrywam, że byłem wdzięczny owemu hałasowi, ale wolałem sprawdzić, czy nic się nie stało. Podniosłem się z łóżka, szukając na ślepo włącznika światła.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Druga Szansa 1



Tak więc pierwsze dwa rozdziały będą wprowadzać w świat bohatera, kolejne będą już bardziej konkretne. Nad drugim rozdziałem już pracuje. Zapraszam do przeczytania. c:
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------


~Felix~
      Przetarłem oczy. Chyba za dużo czasu spędzam przy grach. Wstałem dwie godziny temu i nawet nie mam ochoty na śniadanie. Nie dziwię się. W taki upał ciężko być głodnym. Wyjście na zewnątrz byłoby niczym samobójstwo, a ja lubię swoje życie. Nawet jeśli głównie polega na leżeniu i nudzie. Fajne wakacje dla szesnastolatka potrzebującego rozrywki. „Przecież nie możemy wyjechać”, ciągle to słyszę. Rozumiem, że praca jest ważna, ale naprawdę nie można znaleźć ani chwili dla mnie? Chciałbym polecieć na Karaiby. Przecież mnie stać. Potrafię o siebie zadbać. Mógłbym wziąć paru znajomych do towarzystwa, ale nie, to zbyt niebezpieczne. „Po za tym większość z nich odpoczywa na przeróżnych wycieczkach i nie mieliby możliwości na wyjazd z tobą”, wytłumaczenie numer dwa. O wiele lepiej siedzieć przed ekranem i psuć wzrok. Tak, to jest bezpieczniejsze. Wstałem z miękkiego dywanu i rozejrzałem się po pokoju. Nic szczególnego nie zauważyłem. Żadnego pomysłu na spędzanie dnia. Otworzyłem okno, wpuszczając do pomieszczenia świeże powietrze. Wiatr poruszył kaszmirowymi zasłonami, a ja poczułem zapach chabrów, które według ogrodnika, pięknie przyozdabiają nasz ogród. Uchyliłem drzwi i podążyłem schodami na dół. Minąłem po drodze Tim'a, który jak zwykle przywitał się miło i zapytał czy czegoś nie potrzebuję. Chociaż on się mną interesuje, po co miałby robić to ktoś inny, skoro można zapłacić i opiekę nad dzieckiem masz z głowy.
     
      – Dzień dobry Felixie – powiedziała wesoło Sarah. Blondynka z pięknie upiętymi włosami. Zamknąłem za sobą drzwi do kuchni. – Co na śniadanie?
Nie zdążyłem odpowiedzieć, a sama zaproponowała mi sałatkę z owoców i jogurt. Jak ona mnie dobrze zna. Pytanie wcześniej rzucone, było zbędne. Pracuje u nas już od 3 lat i jest dla mnie jak najlepsza przyjaciółka. Mam tak mało przyjaciół, że mógłbym policzyć ich na palcach u jednej ręki, więc dbam o każdego z nich, aby nie stracić tej garstki. Po śniadaniu wstałem od stołu i już miałem wracać na górę, gdy w połowie drogi zostałem zatrzymany przez matkę.
      – Pamiętasz jak mówiłeś, że chciałbyś wyjechać? – mruknęła, siadając na sofie przed telewizorem. To nie wiarygodne, ale odbiornik zajmował połowę ściany. – Tak się składa, że będziesz miał taką możliwość.
      – Naprawdę?! – krzyknąłem ucieszony i oparłem się o zdobioną poręcz schodów.
      – Naprawdę. Zostaliśmy zaproszeni do Egiptu, aby pomóc tamtejszemu instytutowi w..
      – A no tak. Wy będziecie pracować, a ja siedzieć w hotelu. Mogę się założyć, że ciekawiej spędziłbym ten czas tu, w domu przed laptopem.
      – Mówiłeś, że chcesz gdzieś wyjechać, więc pomyślałam..
      – Miałem na myśli podróż rodzinną, a nie służbową – przerwałem jej po raz drugi.
      – Jeśli nie chcesz, to możesz zostać w domu. Nikt Ci nie broni, ale zdecyduj się już dziś, bo jutro wyjeżdżamy.
Z miną poszkodowanego psa udałem się do pokoju i opadłem na wielkie łóżko, znajdujące się pod ścianą. Chwyciłem telefon i wykręciłem numer do przyjaciela. Umówiliśmy się na rogu ulicy.
     Po paru minutach byłem na miejscu i choć pogoda nie sprzyjała, to nie zwracałem uwagi, na ten żar lejący się z nieba. Opowiedziałem wszystko Arianowi. Zawsze mogłem liczyć na jego wsparcie, tak samo jak na pomoc od Sarah. Przechadzaliśmy się ulicami ruchliwego miasta w centrum Anglii.
Przystanęliśmy przy miejscowym sklepiku. Arian rzucił, że musi załatwić pewną sprawę ze sprzedawcą, a ja nie chcąc mieszać się w jego zawiłe problemy, stałem przed sklepem, grzecznie czekając aż wróci. Pewnie gdybym spróbował, zagłębiać się w jego interesy, to w nagrodę otrzymałbym dożywotni szlaban, gdyż mój przyjaciel nie należał do osób, umiejących rozwiązywać konflikty pokojowo. Parę spieszący się ludzi potrąciło mnie, nie zwracając na to najmniejszej uwagi. Rozejrzałem się dookoła, ignorując hałas samochodów i głośne rozmowy, a wzrok zatrzymałem na szklanej gablocie z gazetami. Nie zdziwiło mnie moje nazwisko, widniejące na nowo wydanym miesięczniku naukowym.
      – Co tam jest interesującego? – zapytał przyjaciel. Usłyszałem trzask szklanych drzwi.
      – Interesującego... nic, ale zobacz. Jakieś specjalnie zaprogramowane cząsteczki, ułatwiające walkę z tym najnowszym wirusem. – Dotknąłem szyby, wskazując główny temat gazety.
      – No, rodziców masz zdolnych. Skoro oni są tak zajęci swoją robotą, to może wbiłbyś do mnie we wtorek? – zapytał z uśmiechem. – Będzie parę fajnych osób.
      – Przecież miałem jechać z nimi.
      – No tak, ale pewnie pozwolą Ci zostać. – Poprawił blond grzywkę, zasłaniającą mu oczy. Jest wysoki i dobrze zbudowany jak na swój wiek. Znamy się niemal od dziecka, a ja wiem o nim więcej niż jego własna rodzina.
     
      – Felix? – Zatrzymałem się w połowie schodów. – Nie powinieneś wracać tak późno.
      – Starałem się was nie obudzić – wytłumaczyłem szybko. Kobieta spojrzała na wielki, ozdobny zegar, wiszący na ścianie. W tej chwili pasowała do wystroju, jak ja do podręcznika do matmy. Tak, jestem świetny z tego przedmiotu. Rozczochrane włosy mojej matki i rozmazany makijaż, którego zmywanie jak widać sobie odpuściła, sprawiał, że wyglądała na dwa razy bardziej wkurzoną.
      – Trzeba było – odparła – wrócić nad ranem. Wtedy nie miałbyś problemu z budzeniem nas.
      – Daruj sobie te ironię – mruknąłem pod nosem i podreptałem schodami na górę. Wychyliłem się zza barierki, spoglądając na matkę z góry. – A jeśli chodzi o wyjazd, to zostaję w domu. Arian robi imprezę i nie chce jej przegapić.
      – Wstajesz jutro wcześnie. Skoro nie chcesz jechać, musisz wiedzieć parę ważnych rzeczy, a o piątej wychodzimy z domu. Dziś już nie mam siły, tłumaczyć Ci wszystkiego. – Ziewnęła i poprawiając koszule nocną, wróciła do sypialni. Ciekawe co takiego miałbym wiedzieć. Zatrudniona obsługa zajmuje się niemal wszystkim, więc po co mi instrukcje?